KAPITAN KAROL OLGIERD BORCHARDT
Kapitan żeglugi wielkiej Karol Olgierd Borchardt urodził się
25 marca 1905 r. w Moskwie. Jego ojciec był lekarzem,
twórcą nowych metod leczenia gruźlicy i raka, który w stolicy Rosji znalazł
lepszą pracę i lepsze warunki życia. Jednakże rodzice przyszłego kapitana
szybko się rozstali i kapitan jako mały chłopiec z matką wyjechał do Paryża.
Tam matka pracowała jako projektantka
przedmiotów użytkowych. Borchardt szybko przyswajał sobie język francuski zapominając przy okazji język ojczysty.
Szybko powrócił z matka w rodzinne strony.
Tam szybko nadrobiono zaległości, kapitan ukończył szkołę
i zdał maturę, już w wolnej, niepodległej Polsce.
W 1928 r. ukończył Szkołę Morską w
Tczewie, a osiem lat później uzyskał dyplom kapitana żeglugi wielkiej.
W czasie II wojny światowej pływał na transportowcach, przeżył zatopienie
"Piłsudskiego" i "Chrobrego". Był organizatorem, a potem dyrektorem polskiego
gimnazjum i liceum morskiego w Landwood w Anglii.
Opracowywał programy nauczania, wykładał nawigację, matematykę, astronawigację,
oceanografię.
W Anglii spędził wiele czasu po katastrofie Piłsudskiego, walcząc z urazami spowodowanymi uderzeniem w głowę podczas ewakuacji statku.
Kapitan cierpiał wówczas min. na bezsenność.
W 1949 r. wrócił do kraju na pokładzie statku m/s "Batory", pełniąc
funkcję I oficera. Od tej chwili rozpoczął pracę w Gdyni w Państwowym Centrum
Wychowania Morskiego, a następnie w Szkole Rybołówstwa Dalekomorskiego i Wyższej
Szkole Morskiej jako wykładowca astronawigacji, nawigacji i oceanografii. Pracował
jako kapitan w Stoczni im. Komuny Paryskiej, wyprowadzając statki w rejsy próbne.
Od 1958 r. K. O. Borchardt zaczął publikować artykuły w czasopismach "Morze", "Tygodniku
Morskim". W 1960 r. wydana została jego książka "Znaczy Kapitan". Autor
otrzymał za nią wiele nagród i wyróżnień, uznano ją za najlepszą książkę
marynistyczną XX - lecia PRL, wielokrotnie wznawiano, przełożono na język czeski,
a fragmenty na rosyjski i bułgarski. Została też nagrana na taśmę przez Polski
Związek Niewidomych.
Zdobyła takie nagrodę im M. Zaruskiego, Czerwonej Róży, Złotego Kłosa.
Wielką popularnością wśród czytelników cieszyły się i cieszą do dzisiaj
również pozostałe książki Borchardta :
- "Krążownik spod Samosierry" (1963)
- "Szaman morski" (1986).
Już po śmierci
pisarza wydane zostały:
- "Pod czerwoną różą",
- "Znaczy równik na rumbie"
- "Potem, potem".
Poza nauczaniem i pracą literacką Karol Olgierd Borchardt interesował się plastyką,
malował akwarele i rzeźbił, występował w programach telewizyjnych
"Gawędy wilków morskich" i "Latający Holender", pracował nad słownikiem morskim
w wersji polsko - angielskiej.
Za swe czyny i liczne zasługi otrzymał m.in.
Srebrny medal "Za zasługi dla obronności kraju", Krzyż Walecznych, Order Sztandaru Pracy I i II klasy,
Medal Komisji Edukacji Narodowej.
Wybrano go również na Gdańszczanina roku 1966, a w roku 1970 przyjęto w poczet
członków Klubu Znamienitych Kapitanów, przy Moskiewskim Radio i Telewizji, jako pierwszego cudzoziemca,
współcześnie żyjącego. Dotąd jedynymi hnorowymi członkami - cudzoziemcami byli
Robinson Cruzoe i Joseph Conrad.
Zmarł 20.V.1986 r. Pochowany został na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni.
A tak o sobie pisał sam Kapitan w rozdziale książki "Pod czerwoną różą" :
"Całe moje dzieciństwo i młodość upłynęły pod wielkim wpływem mojej matki i jej rodziny.
Urodziłem się w Moskwie, w klinice mego ojca, który był lekarzem.
Zanim to się jednak stało, matka moja została zmuszona do tego małżeństwa.
Obydwoje pochodzili z powiatu oszmiańskiego i nawet byli spokrewnieni przez dziada
Baniewicza, powstańca z 1863 roku. Początkowo matka, niezbyt zachwycona uczuciem ojca,
ukryła się w miejscowości Lejpuny na Suwalszczyźnie, gdzie została nauczycielką.
Kiedy jednak ojciec ją odnalazł, wyjął pistolet i (co było wówczas w modzie)
powiedział:- Albo pani wyjdzie za mnie za mąż, albo w tej chwili się strzelam... -
Takie to gwałtowne wydarzenia poprzedziły moje przyjście na świat.
Matka moja była osobą energiczną i niezależną.
Mogę ją nawet nazwać pierwszą polską sufrażystką. Więc gdy ojciec został
powołany do wojska i wyjechał do Azji, zastawiła swoje srebra i uciekła ze mną do
Paryża. Ryzykowała przy tym wiele. W owe czasy mąż mógł żonę sprowadzić, uciekając
się do pomocy policji, mógł zabrać jej dziecko - pomimo że zamieszkaliśmy u rodziny
ojca.
Miałem wówczas trzynaście miesięcy. Więcej ojca swego nie widziałem.
Później kilka razy miało dojść do mego spotkania z ojcem, ale zawsze
coś stanęło na przeszkodzie. Ostatnio w sierpniu 1939 roku, wracając z
urlopu w Żurawach, byłem już z ojcem umówiony (mieszkał wówczas w Warszawie
przy Marszałkowskiej), ale spotkałem wuja Raczkiewicza, który poradził mi,
bym jak najszybciej wracał na "Dar", jeśli nie chcę być odcięty od Gdyni.
Gdy jesienią 1949 roku wróciłem do kraju, ojciec mój już od kilku lat nie żył.
Po latach odnalazły mnie... moje siostry przyrodnie - Karusia i Bożenka,
córki mego ojca z drugiego małżeństwa. Pomogły mi ustalić lub potwierdzić
uzyskane wcześniej wiadomości o rodzinie Borchardtów. Przodkowie moi byli
dworzanami księcia Karola Kurlandzkiego i wraz z nim przenieśli się z
Brunszwiku do Kurlandii. Wszystko wskazuje, że po mieczu wywodzę się z baronów
kurlandzkich i mam prawo pieczętować się herbem brunszwickim.
Zapytana przeze mnie Karusia (aktorka Teatru Dramatycznego w Warszawie),
czy coś wie na ten temat, odpowiedziała: - Oczywiście, zawsze nazywano mnie baronówną.
Co prawda później królewną, ale to już zupełnie inna historia.
Imiona Karol i Karolina, bardzo często powtarzające się w rodzinie Borchardtów,
nie są przypadkowe i mają związek właśnie z księciem Karolem.
Matka ojca, a moja babka, była z pochodzenia Włoszką o nazwisku Nicolai.
Wydaje mi się, że mój ojciec miał jakieś szczególne zdolności uzdrowicielskie.
Z przedwojennych warszawskich gazet mam wycinki, które donoszą o jego wielkich
sukcesach w leczeniu raka. Przywracał zdrowie ludziom, którym inni lekarze nie
dawali już żadnych szans. Dużą wagę przykładał do czystości powietrza, właściwego
oddychania, diety. Własnym nakładem wydał książeczkę "Dlaczego głód leczy".
Z zemsty za ewentualną stratę klientów rzeźnicy warszawscy wybili szyby w oknach
jego gabinetu.
Po kądzieli swój rodowód mogę rozpocząć od trzech sióstr Kleczkowskich:
Amelii, Zofii i Michaliny. Wyszły one kolejno za mąż: Amelia za Adama Wańkowicza,
Zofia za Ottona Boera, a Michalina za Ignacego Litawor - Aramowicza.
Moja gałąź wyrasta z pnia rodziny Litawor - Aramowiczów, posiadających majątek Różysław. (Pradziad Ignacy Litawor - Aramowicz 16 lat spędził na Syberii). Mieli cztery córki i trzech synów. Córki dały początek nowym rodzinom, wychodząc za mąż: Aniela za Joachima Niekraszewicza, Jadwiga za Wyszyńskiego, Amelia (moja babka) za Leokadiusza Narwid - Raczkiewicza, Michalina za Antoniego Łukaszewicza.
Wszystkie te rodziny żyły ze sobą bardzo blisko i wszędzie czułem się jak u
siebie w domu. Moja rodzona babka Amelia z Litawor - Aramowiczów Raczkiewiczowa
zmarła bardzo młodo, na płuca. Zostawiła troje dzieci: Olgierda
(zmarł także na płuca w 1912 roku, kurując się na Krymie),
kilkunastoletnią wówczas Marynię (moją matkę) i najmłodszego Mieczysława.
Była jeszcze druga córka - Zofia, ale zmarła we wczesnym dzieciństwie.
Choroba babki pochłaniała wiele pieniędzy, wymagając częstych wyjazdów "do wód".
Podczas nieobecności rodziców folwarkiem rodzinnym Żurawy
(przed 1863 rokiem - Żurawie) zarządzała czternastoletnia Marynia,
radząc sobie znakomicie i wzbudzając podziw okolicznych sąsiadów.
Folwark jednak nie dawał dostatecznie dużej intraty i dziad podjął się funkcji
zarządcy wielkiego majątku Gowarczów.
Wrócę jeszcze do Paryża, w którym spędziłem pięć lat. Matka moja pracowała w
magazynie mód, rysując modele modnych kreacji i zarabiając w ten sposób na życie.
Wkrótce z przerażeniem stwierdziła, że mogę zostać Francuzem.
Mówiłem doskonale po francusku, po polsku znałem jedynie "Katechizm małego Polaka",
powtarzany bez specjalnego zrozumienia za matką. Do roku 1911 udało się mej matce
tyle zaoszczędzić, że wróciliśmy do Wilna, a stamtąd zostałem odwieziony do słynnej
na cały powiat oszmiański mojej ciotecznej babuni Michasi Łukaszewiczowej,
seniorki rodu..."
A tak K.O. Borchardt pisze o wspaniałych polskich transatlantykach w rozdziale "Ostatnia Parada":
"CHROBRY" - był statkiem bez wad. Sztormowanie na nim było "uciechą", bo nie pozwolił nigdy żadnej fali wejść na
dziób.Przy manewrowaniu wydawało się, że zgaduje myśli, taki był zwrotny.
Trafiony bombami zapalającymi, stwarzał wrażenie, że rozumie sytuację. Pozwolił kapitanowi
Zygmuntowi Deyczakowskiemu i starszemu mechanikowi Zygmuntowi Kuske tak manewrować, by płomienie
nie spaliły nas wszystkich przez gwałtowną zmianę kursu, co spowodowało, że ogień nie doszedł zbyt szybko
do gardzieli ładowni, w której załadowane były bomby pod czołgi.
Jako dozorujący budowy statku, starszy mechanik Zygmunt Kuske dostąpił zaszczytu podniesienia na "Chrobrym"
bandery 27 lipca 1939 roku. Był przy narodzinach statku, a w niecały rok, 15 maja 1940, świadkiem wymierzonego mu
śmiertelnego ciosu u Loftów. Sam rozstał się z życiem niedługo potem w szpitalu w Edynburgu,
dotknięty tropikalną chorobą. Zmarł 13 XII 1944 roku. Spoczął na cmentarzu oddalonym o kilka stopni
szerokości i długości geograficznej od miejsca, gdzie znalazł swój koniec wypalony "Chrobry".
Morotowiec "SOBIESKI" - jak król w historii Polski, sławą bojową przewyższał może nawet "Batorego".
Będąc statkiem nowym - banderę podniósł 15 czerwca 1939 roku - w czasie drugiej wojny światowej nie opuścił
żadnej poważniejszej operacji inwazyjnej, ustanawiając swojego rodzaju rekord pracowitości i szczęścia
pod kapitanem Zdenkiem Knoetgenem. Statki którymi dowodził przyjmowały jakby dewizę kapitana Knoetgena :
"Szczęśliwy, kto niepostrzeżenie przejdzie przez życie". Nie wydaje się by na sposobie bycia kapitana zaważyło niedostateczne opanowanie
gramatyki języka polskiego.Milczący, w stałej równowadze nigdy nie używał słów "ja", "mój". Nie ulegał wrzaskliwym
odruchom, rozkazy wydawał przyciszonym głosem. Zjawienie się na mostku kapitana Knoetgena stwarzało atmosferę
odprężenia i ufności.
Po wojnie, w 1950 roku, poszedł "Sobieski" pod mianem "Gruzja" pod banderę Związku Radzieckiego i pływał jako statek
wycieczkowy po Morzu Czarnym.Kapitan zaś jakiś czas mieszkał w Nowej Zelandii, a potem aż do śmierci w Australii.
"Sobieski" będąc bliźniakiem "Chrobrego", miał wszystkie jego zalety i był, jak on, bez wad.Zwrotny do niewiarygodności,
jak mała motorówka, zgadywał prawie myśli przy manewrowaniu. Ozdoba dziobowa w postaci herby Janina w pełni
odpowiada walecznemu duchowi statku.
Parowiec "KOŚCIUSZKO" - wsławiony "cudami" kapitana Eustazego Borkowskiego, pozostawiony przez niego,
pływał jakiś czas pod kapitanem Edwardem Pacewiczem.Przed samym wybuchem drugiej wojny światowej,
w nocy z 28 na 29 sierpnia 1939 rokuwyprowadził go z Gdyni odwołany z wypoczynku w Zakopanem, kapitan Mamert Stankiewicz.
W Anglii statek przemianowany został na ORP "Gdynia" i służył przez pewien okres za szkołę Marynarki Wojennej pod dowództwem
młodszego brata Mamerta Stankiewicza - Romana. Potem - na propozycję Admiralicji angielskiej - komandor
Roman Stankiewicz zgłosił się na ochotnika na dowódcę francuskiego okrętu "Maedok", ginąc na nim w rok po smierci brata,
26 listopada 1940 roku. Z kolei gdy ORP "Gdynia" przechodząc do Marynarki Handlowej odzyskała imię "Kościuszko",
dowództwo objął najstarszy z braci Stankiewiczów, również komandor - Jan.
Był "Kościuszko" statkiem czułym i delikatnym; fal nie przyjmował. Ale w zależności od humoru - pusty, bez ładunku
zawsze gótów był się wywrócić. Raz w Nowym Jorku gdy do pustego statku zaczęto sypać bunkier i zbyt wiele na jedną burtę,
zaczęły nagle pękać liny i na tych cienkich już jak nitki linach statek zatrzymał się. Był trochę jak kapryśne dziecko.
Nawet załadowany potrafił zrobić niespodziewany przechył, tłukąc niemiłosiernie talerze i szklanki.
"Kościuszko" nie miał ozdoby dziobowej...podobnie jak Tadeusz Kościuszko, nie znał się na inżynierii w zakresie
stateczności, ale był w swej prostocie i umiejętnościach sztormowania równie mądry jak jego patron.
Parowiec "POLONIA" - pierwszy miał swój hymn, skomponowany przez kapelmistrza orkiestry okrętowej.
Melodia hymnu pozostała w mej pamięci , słowa zatarł czas, z wyjątkiem czterech: " Brawo niech żyje Polonia!"
Melodię hymnu "Polonii" słyszały białe domki Casablanki, a potem i zimne wody okręku polarnego - w dniu 23 lipca
1931 roku, kiedy to po raz pierwszy polska bandera wkroczyła na wody Arktyki pod dowództwem kapitana Mamerta Stankiewicza.
"Polonia" przez niego dowodzona była wielką szkołą rzetelnej pracy na morzu, szkołą nowych kadr dla najbardziej
nowoczesnych statków transatlantyckich. W 1935 roku większość załogi przeszła na najnowocześniejszy statek w skali światowej
jakim był motorowiec "Piłsudski".
"Polonia" nie tylko z nazwy przypominała postać polskiej matrony, ale rówież z zachowania : była zawsze stateczna i pełna
godności; na żadne poufałości z falami nie pozwalała, nawet przy ciężkich sztormach.
Była ona zawsze wytwornym skrawkiem Polski i kroczyła z wielką powagą i rozwagą.
Parowiec "PUŁASKI" - z ducha był on najbardziej pracowitym statkiem. Kiedy inne transatlantyki zimą odpoczywały,
on niestrudzenie, wśród najstraszniejszych sztormów na Północnym Atlantyku, walczył z oceanem.
Zawsze niezmordowany i zwycięski, jak ten, którego imię nosił.
Dowodzony głównie przez kapitana Zdenka Knoetgena był pierwszym transatlantykiem, który 13 stycznia 1931 roku
wyruszył z polską załogą pod dowództwem Mamerta Stankiewicza do Nowego Jorku.
Pod kapitanem Knoetgenem przekroczył w marcu 1936 roku równik, otwierając nową linię do Ameryki Południowej.
Po odejściu kapitana Knoetgena na motorowiec "Sobieski" - pływał w dalszym ciągu na tej linii.
W czasie drugiej wojny światowej, został internowany przez Francuzów w Conakry.
Dzięki inicjatywie starszego oficera Wiktora Balczunasa ( absolwebt Szkoły Morskiej w Tczewie z 1930 roku)
"Pułaski" zbiegł z Conakry 9 lipca 1941 roku pod ogniem baterii nabrzeżnych.
Motorowiec "PIŁSUDSKI" - Galion - symbol duszy tego statku - potwierdzał tylko to, że dzięki chęci dosłownie
kilku ludzi, uważanych za pomylonych, Polska zrobiła na morzu krok - od niczego do transatlantyckiego
luksusowego statku pasażerskiego, najszybszego i największego ba Bałtyku z przeznaczeniem do służby na linii
Gdynia - Kopenhaga - Nowy Jork.
Tonaż i zanurzenie "Piłsudskiego" przystosowane ściśle do przechodzenia przez cieśniny duńskie, uczyniły statek
zupełnie bezbronnym wobec sztormowych i niesztormowych fal - kazda bezkarnie wchodziła na dziób, grożąc
niespodziewanym zmyciem ludzi z pokładu za burtę.Poniewczasie jeszcze stwierdzono,że przechyły
statku tak bardzo męczące załogę - tę na służbie i tę odpoczywającą, są dozwolone tylko do 30 stopni.
Z manewrowaniem było jeszcze gorzej.Statek słuchał jak gdyby tylko kapitana Mamerta Stankiewicza.
Pilotom stwarzał trudności.Denerwował nawet najbardziej doświadczonych sterników.Ale... byliśmy z niego dumni,
mimo głęboko utajonej goryczy jaką napełniała nas jego bezbronność wobec fal i ta ograniczona do 30 stopni stateczność.
Dziwny traf połączył los statku i tego, który go budował - kapitana Mamerta Stankiewicza.
Kapitan odszedł na wieczną wachtę razem ze statkiem. Był to swego czasu jedyny człowiek, który zrobił pierwszy krok,
by stworzyć Polskie Towarzystwo Żeglugowe. Jako pierwszy naczelnik wydziału nawigacyjnego Szkoły Morskiej w Tczewie
uratował dla szkoły czarny bark "Lwów" zapewniając, że jednostka zapracuje na swoje utrzymanie. I tak 3 czerwca 1922
roku wyruszył z pierwszym ładunkiem drewna na podkłady kolejowez Gdańska do Birkenhead.
Kolejno "kapitanował" Mamert Stankiewicz na każdym z zakupionych czy budowanych statków...
KAPITAN EUSTAZY BORKOWSKI
Urodził się 12 marca 1887 roku w Warszawie.
Jako młodzieniec rzucił gimnazjum i poszedł na morze jako junga - chłopiec okrętowy,
a następnie podjął naukę w szkole morskiej w Rydze i służył jako oficer w
rosyjskiej flocie handlowej. Po I wojnie światowej przez 10 lat
jeździł jako taksówkarz w Paryżu. Powróciwszy do Polski, pracując dla Linii Żeglugowych GDynia - Ameryka,
pływał jako kapitan na parowcach pasażerskich "Premier", "Kościuszko", "Pułaski" i
"Piłsudski" oraz na transatlantyku - motorowcu, - "Batorym",
na którym też zakończył swoją morską kapitańską karierę we wrześniu 1939 roku.
Zmarł 16 maja 1960 roku w Nowym Jorku. Żył 73 lata. Został pochowany w Hanover w stanie Nowy Jork.
Kapitan Borkowski jest postacią niezwykle barwną, owianą legendą,
którą po części sam stworzył, a po części jego marynarze.
W literaturze marynistycznej jest określany jako wielki aktor,
zamiłowany w graniu kapitana Siedmiu Mórz. Od lutego 1931 roku dowodził załogą
"Kościuszki", który od 1935 roku obsługiwał linię palestyńską pomiędzy
Konstancą a Hajfą i Jafą. W czasie jednego z pierwszych rejsów tego statku jego
Kapitan wypełnił swoje młodzieńcze ślubowanie, co opisał Karol Olgierd Borchardt w
zbiorze opowiadań pt. "Szaman Morski"). Tym bowiem imieniem autor obdarzył
bohatera swoich 17 o nim opowiadań.
Wydarzenie opisane w "Ślubie" zapewne miało miejsce wczesną jesienią 1935 roku.
Jeżeli ciekawi Was osoba Kapitana Borkowskiego i jego niesamowite wyczyny to przeczytajcie przytoczoną tu opowieść "Ślub".
"Idąc z Konstancy koleiną wyżłobioną w czasie paru lat przez "Polonię",
po minięciu wyspy Sariá, "Kościuszko" wszedł w koleinę prowadzącą do Jaffy,
pomimo że Hajfa była bliżej i do niej również się zachodziło. Podyktowane to
jednak było zdobytym już przez "Polonię" doświadczeniem, że przy złej pogodzie
wyładowanie ładunku przeznaczonego do Jaffy było niemożliwe, ponieważ nie miała
ona właściwego, zasłoniętego od wiatrów portu. Wyładunek odbywał się na redzie,
na przycumowane do statku barki. Statek, nie mogąc wyładować, musiałby po raz drugi
wracać do Hajfy, wobec czego najpierw szło się do Jaffy, a potem do Hajfy.
Dobre drogi i świetnie zorganizowana komunikacja autobusowa dla turystów
przyczyniały się do tego, że w każdym rejsie część załogi, dysponując dniami
wolnymi za niedziele spędzone w morzu, wyruszała z Jaffy na zwiedzanie Jerozolimy,
w której się zazwyczaj zostawało na noc. Następnie jechało nad Morze Martwe,
do Jerycho, Nablus (Sychem), nad Tyberiadę do Kafarnaum i przez Nazaret do Hajfy,
gdzie już stał statek.
Załoga "Kościuszki", poinformowana dokładnie przez załogę "Polonii", dokąd,
jak i kiedy podróżować, wydeptanymi przez załogę "Polonii" ścieżkami znalazła
się w Jerozolimie. Duże było zdumienie Kościuszkowców, gdy przy Grobie Pańskim,
mającym kształt kapliczki ustawionej w głównej nawie kościoła, zobaczyli
posuwającego się na kolanach - szpalerem olbrzymich jarzących się świec -
wielkiego mężczyznę w ciemnym ubraniu. Po każdych trzech krokach, dokonywanych
na kolanach, człowiek ten bił się potężną pięścią w piersi, powtarzając za każdym
razem głośno po łacinie, tak że echo słów, odbite od stropu świątyni, huczało po
całym kościele: - Mea Culpa, Mea Culpa, Mea Maxima Culpa!.
Tłumy otaczające drogę wyznaczoną świecami zwiększały się.
Szeptem podawano sobie do wiadomości, że jakiś bardzo wielki grzesznik
odbywa pokutę z całego swego życia. Inni mówili, że to mąż świątobliwy
przybył uczcić Grób Pana. Nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że to, co
się dzieje, jest spełnieniem jakiegoś wielkiego ślubu. Takie rzeczy często
mają tutaj miejsce.
Z zakamarków kościoła wysuwali się mnisi, przeciskając się przez tłum,
by z bliska popatrzeć na niezwykłą postać, która zakupiła taką masę świec
i nie zważając na zniszczenie swych szat odbywa pielgrzymkę na kolanach.
Po dokładnym obejrzeniu pątnika dwóch mnichów udało się w głąb kościoła.
W chwilę później wrócili z trzecim mnichem. Był nim starzec z białą brodą.
Opierając się na długim kiju, zajął miejsce u wejścia do grobowca. Gdy
odbywający swą wędrówkę na klęczkach człowiek zbliżył się do starca, ten
nachylił się nad nim i spytał po angielsku:
- Kto ty jesteś?
- I am a maan from sea ! (Jestem człowiek z morza!) - zawołał wielkim
głosem osobliwy pątnik, nie podnosząc się z klęczek.
Po chwili mówił dalej: - Mnie, grzesznikowi, było dane być u grobów
najsławniejszych ludzi. Byłem u grobów najznakomitszych wodzów. Znam
groby najznakomitszych żeglarzy. Znam groby największych myślicieli.
Znam groby najsłynniejszych astronomów. Znam groby wszystkich wielkich
ludzi pochowanych we wszystkich częściach świata. Ale nigdy mnie,
grzesznikowi, nie było dane być u Grobu Pana. Będąc jeszcze małym
dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszałem o tym grobowcu, uczyniłem ślub,
że zapalę u niego trzysta świec, grób trzykrotnie na klęczkach okrążę i
co trzy kroki o zmiłowanie za grzechy prosić będę, wołając głośno:
Mea culpa! Mea culpa! Mea maxima culpa! I oto po tylu latach burz i
tułaczki na wodach wszystkich mórz i oceanów dożyłem tej radosnej chwili,
że mogę wypełnić ślub uczyniony w dzieciństwie!
Kapitan Eustazy - on to był bowiem - zakończył swą przemowę i podniósł się z klęczek.
Mnich z białą brodą wziął go pod rękę. Tłum rozstąpił się przed nimi, gdy ruszyli
w kierunku wejścia do mrocznego korytarza kościelnego. Pozostały po panu Eustazym
płomienie trzystu jarzących się świec".
(Karol Olgierd Borchardt, Szaman Morski. Wydawnictwo Morskie - Gdańsk 1988, s. 128-129).
KAPITAN MAMERT STANKIEWICZ
Kapitan Mamert Stankiewicz "Znaczy Kapitan"...
"Znaczy, każdy swe obowiązki musi wykonywać porządnie.
Ci, którzy nie wykonują ich jak mogą najlepiej
- to znaczy, na ile ich stać fizycznie i duchowo
- niszczą sami siebie".
Z pochodzenia wilnianin.
Dyplom kapitana żeglugi wielkiej uzyskał w armii carskiej.
Kapitan "Niemna", pływał także na statkach rosyjskich jeszcze przed 1914 rokiem,
lecz po odrodzeniu Państwa Polskiego po I Wojnie Światowej
przystąpił do tworzenia polskiej floty handlowej.
Był znakomitym wychowawcą Wyższej Szkoły Morskiej w Tczewie.
Wielu przyszłych oficerów marynarki pływało z nim na "Lwowie",
pierwszym polskim żaglowcu szkolnym.
Zakochany w morzu i pielęgnujący młody wtedy jeszcze związek Polski z morzem,
przyczynił się wielce do powstania naszej własnej floty handlowej.
Był kapitanem transatlantyków w Gdynia-America Line (GAL).
Z opowiadań K.O. Borchardta znamy niesamowite właściwości
nastrojowe jego wydatnej szczęki , która mogła być
ustawiona "sztormowo" i należało kapitanowi wówczas zejśc z drogi i
być przygotowanym na najgorsze, lub mogła być też
wychylona na "pogodnie - fair" i wówczas Pierwszy po Bogu był udobruchany...
Mamert Stankiewicz zginął na początku drugiej wojny światowej.
26 listopada 1939 roku polski transatlantyk "Piłsudski",
płynący wtedy jako transportowiec na spotkanie konwoju,
zaraz po opuszczeniu Newcastle trafiony został dwiema niemieckimi torpedami.
Załoga skakała do wody następnie chroniąc się na tratwach,
lecz kapitan Stankiewicz zbyt długo przebywał w lodowatych wtedy wodach Morza Północnego,
i w kilka godzin po uratowaniu zmarł w wyniku wycieńczenia i hipotermii
Pochowany został w Hartlepool, małym mieście nieopodal Newcastle.
Kapitan przed śmiercią napisał swój pamiętnik z którego wyłonił się obraz kapitana jako chłopca, który
poprzez miłość do morza potrafił przezwyciężyć wszelkie przeszkody .
Zanim otrzymał tytuł kapitana, stał się "kapitanem własnej duszy".
Pierwszym jego zwycięstwem było opanowanie wielkiego lęku przed wodą.
Sam pisał - nie nadaję się na marynarza, jednak przezwyciężył wszystko i wbrew intencjom matki, poszedł na morze.
Czas pokazał że Mamert Stankiewicz był wybitnym nawigatorem, dokonując zawsze trafnych obliczeń i wyczynów.
Przez pola minowe cieśniny Moonsund przeprowadził pancernik "Sława", "Polonię" w czasie sztormu wprowadzał do Konstancy,
krążownik "Riurik" zostyał bezbłednie przez niego przeprowadzony przez pola minowe, za co kapitan został dwukrotnie odznaczony, jako wspaniały nawigator.
Kapitan rzucał się na przedsięwzięcia szlachetne i bardzo niebezpieczne.
Był człowiekiem odważnym, którego wiedza była straszną bronią i dawała mu przewagę nad innymi.
Mimo tego że nastąpił olbrzymi postęp technologiczny w żegludze, to są sytuacje, w których konieczne będą
doświadczenie i wiedza kapitana - nawigatora, jego upór i zdecydowanie.
W swoich pamiętnikach kapitan poruszył własnie ten problem pisząc :
"Znikają żaglowce, nastaje era parowców i motorowców.
Z marynarza, potomka korsarzy i odkrywców, armatorzy chcą zrobić urzędnika, rzemieślnika, czy nawet konduktora tramwajowego.
Telegraf i radiotelegraf dosięga wszędzie.
W biurach żeglugowych do których marynarze nie są dopuszczani, wydaje się,
że statek pójdzie stosownie do nadesłanych instrukcji, jak za zygnałem zielonej chorągiewki dróżnika.
I tylko wtedy, gdy morze spłata jedną ze swych niespodziewanych sztuczek, gdy w grę
wchodzi niebezpieczeństwo statku, towaru, a nawet życia ludzkiego, wtedy gdy czyn musi
nastąpić natychmiast - w biurach żeglugowych zdają sobie może sprawę,
że radiotelegraf nie pomoże i dramat na morzu zostanie rozegrany bez reżyserów lądowych."
Swój pamiętnik kpt.żw. Mamert Stankiewicz kończy słowami :
"W ostatnich dniach stycznia wyruszyliśmy w podróż. Była zima.
Gdy zakończyłem manewr obrotu statku w ciasnym basenie portu gdyńskiego, gdy wyszliśmy poza łamacze fal
i gdy po ustawieniu telegrafów maszynowych "cała naprzód", statek zaczął coraz więcej nabierać pędu,
aż szybkość byłą blisko 19 mil na godzinę, jakoś raźniej odetchnęła pierś, zbladły troski i zmartwienia,
których zawsze tak dużo na lądzie i które tak szarpią biedne serce ludzkie.
I jak nieraz już przedtem znowu myślałem, że czyż warto poświęcać pracę na morzu, dla życia i pracy na lądzie,
gdzie spokój i szczęście są złudne i gdzie natura człowieka nie ma zawsze dookoła siebie potężnego żywiołu morza,
który nie jest ani wrogi, ani przyjacielski, ale bezwzględny i wymaga od człowieka ciągłego napięcia
jego uwagi, ażeby nie być zgniecionym."
Pamiętnik ten kapitan zatytuował "Korsarz i Don Kichot"...
Na podstawie książek "Znaczy Kapitan", "Szaman Morski", "Pod Czerwoną Różą" K.O. Borchardta oraz encyklopedii PWN.

|